Z „Nic nie trzeba” na początku nie było mi po drodze. Z każdym odsłuchem zaczynałam jednak dostrzegać więcej szczegółów, a album stopniowo coraz bardziej do siebie przekonywał.
Największe wrażenie zrobiła na mnie warstwa instrumentalna. Już na początku uwagę zwrócił przyjemnie wyeksponowany kontrabas, a później coraz bardziej doceniałam pracę perkusji, szczególnie talerzy, oraz partie pianina, które często nadają utworom charakter i budują ich klimat. Instrumenty dęte dodają całości energii i sprawiają, że album nie pozostaje jedynie delikatny, ale potrafi też nabrać dynamiki. W wielu momentach miałam wręcz wrażenie, że to właśnie instrumenty kradną show. Delikatna barwa głosu Martyny Sabak bardzo dobrze współgra z bogatymi aranżacjami. Mimo to w wielu momentach to właśnie warstwa instrumentalna najmocniej przyciąga uwagę. Same aranżacje są na tyle interesujące, że chwilami miałam ochotę usłyszeć niektóre utwory w wersjach instrumentalnych, szczególnie “Medals”. Nie dlatego, że wokal jest zły, bo nie jest, ale właśnie dlatego, że aranżacja zdecydowanie wysuwa się tam na pierwszy plan.
Nie wszystkie decyzje aranżacyjne trafiły jednak w mój gust. Największe zastrzeżenia mam do chórków. W wielu miejscach nie są one tylko delikatnym uzupełnieniem głównego wokalu, ale prowadzą własne partie. Momentami kojarzyły mi się z gospelowym sposobem budowania przestrzeni. Samo takie rozwiązanie lubię, ale tutaj częściej odciągało moją uwagę od głównej melodii, niż ją wzmacniało, zwłaszcza gdy same zaczynały pełnić rolę osobnej partii. Są jednak utwory, w których ten zabieg działa zdecydowanie lepiej. W „Można gadać” chórki wydają się bardziej oddalone i lepiej wpasowane w całość, a dodatkowo świetnie wypada tam solo fortepianu, które moim zdaniem mogłoby nawet dostać więcej miejsca kosztem części instrumentów dętych.
Ciekawie wypada też sposób prowadzenia wokalu. W kilku miejscach miałam wrażenie, że linie melodyczne są mniej nastawione na klasyczną „śpiewność”. Chwilami pojedyncze zdania są dzielone krótkimi wejściami instrumentów. Nie zawsze to do mnie trafiało, bo miałam wrażenie, że zamiast płynąć, niektóre frazy zostały niepotrzebnie poszatkowane. Mam świadomość, że może to być świadomy zabieg charakterystyczny dla tej stylistyki, jednak w moim odbiorze nie zawsze działał.
Jednym z utworów, które szczególnie zapadły mi w pamięć, jest „Lego”. Zwrotki są tam jednym z najmocniejszych momentów całej płyty. Delikatny wokal, piękne piano i bardzo subtelny klimat tworzą coś naprawdę przyjemnego. To jeden z tych fragmentów, gdzie oszczędność środków działa idealnie. Tym bardziej szkoda mi refrenu, który w moim odbiorze zabiera temu utworowi część magii. Pojawiające się wokalizy zmieniają charakter piosenki i zamiast rozwijać ten delikatny klimat, trochę mnie od niego oddalają.
Niektóre utwory pokazują też, że album potrafi zaskoczyć inną energią. „Paplanie” zaczyna się od klaskania, które niestety od razu wybiło mnie z klimatu i przez chwilę utrudniło wejście w utwór. Szkoda, bo później pojawia się bardzo ciekawa aranżacja, a sam utwór ma w sobie dużo uroku. Szczególnie zapadł mi w pamięć wers: „nie chcę szukać więc, dziury w całym, kiedy całe całym jest”. To jeden z tych fragmentów, które zostają w głowie także po zakończeniu albumu.
Mimo tych uwag „Nic nie trzeba” z każdym odsłuchem zyskiwał w moich oczach. Nie było to dla mnie miłość od pierwszego przesłuchania, ale właśnie takie albumy często zostają ze mną dłużej. Nie wywołał we mnie silnych emocji od razu, zamiast tego wzbudził ciekawość, a ta sprawiła, że chciałam do niego wracać. Z każdym kolejnym odsłuchem odkrywałam coś, co wcześniej umknęło mojej uwadze.
Co ciekawe, mimo tego, że warstwa instrumentalna bardzo zachęca do uważnego słuchania i koncentracji na szczegółach i smaczkach, jest to też płyta, przy której można po prostu odpocząć. To muzyka, która pozwala trochę zwolnić.
Moje spojrzenie wynika też z muzycznych przyzwyczajeń. Na co dzień obracam się głównie w metalu, rocku i alternatywnym popie, a jazz pojawia się u mnie raczej rzadko. Nie wykluczam więc, że elementy, które mnie momentami dystansują, dla osób bardziej zanurzonych w tej stylistyce będą właśnie największymi zaletami albumu.
„Nic nie trzeba” nie jest albumem, który walczy o uwagę od pierwszych sekund, ale potrafi ją zatrzymać na długo.

















